Rejs żaglowy po Bałtyku z IPA Cieszyn II

W dniach 25 maja - 6 czerwca 2013 roku członkowie Regionu IPA Cieszyn II zorganizowali rejs żaglowy po Bałtyku.

Melduje się starszy strzelec Piasecki, uczestnik I Bałtyckiego Rejsu Żeglarskiego IPA Cieszyn II. I to szczerze - pędzikiem. Z uwagi na fakt, iż zostałem wytypowany przez Jurka Dobroszka do krótkiego streszczenia przebiegu rejsu, postanowiłem dla czytelników skreślić kilka słów.

Wszystko, co dobre, w końcu się kończy (wystarczy czasem zerknąć na butelkę), więc i nasz rejs dobiegł końca. Pomimo tego, że minęły już dwa tygodnie, ciągle mam przed oczami wschody i zachody słońca na otwartym morzu, przepiękne krajobrazy Bornholmu i pięciu członków załogi, którzy na morzu stają się bliżsi niż rodzina, bo w przeciwieństwie do rodziny załogę można wybrać.

Zacznijmy od początku - w sobotę rano, 25 maja 2013 wsiadamy w dwa samochody: ja z Kamorem i Dorcią w jeden, a Mirek z Ludwikiem i Karolcią w drugi. Podróż przebiega bez przygód. Na jachcie, zacumowanym w porcie Gdańsk Górki Zachodnie, logujemy się późnym popołudniem. Zapoznajemy się z jachtem. Dla mnie bomba, mimo że wylosowałem koję w mesie z Kamorem (a liczyłem na koedukację). Po krótkiej kolacji kładziemy się nad ranem spać. W niedzielę po śniadaniu wypływamy. - O której? - Pomidor.
Kierujemy się na pełne morze. Wszyscy mamy dziarskie miny, które nam rzedną tuż za Helem. Przybieramy kolory bladozielone i po kolei analizujemy skład śniadania pływającego za burtą. Taki stan utrzymuje się do Władysławowa. Pierwotnie mieliśmy płynąć bezpośrednio na Bornholm, jednak kpt. Mirosław okazał się człowiekiem dobrodusznym i widząc stan załogi, zdecydował się na postój we Władku. W porcie dokonaliśmy zakupu kontrolowanego w postaci 5 kg dorszy prosto z sieci. Po krótkiej kolacji, złożonej przede wszystkim z ryb, położyliśmy się nad ranem spać, aby następnego dnia wypłynąć o przyzwoitej porze. Niestety, prognoza spłatała nam figla. Straszyli nas sztormem, więc jeden dzień spędziliśmy na zwiedzaniu Władysławowa.Po powrocie na jacht zjedliśmy krótką obiadokolację, po której położyliśmy się nad ranem spać. Kiedy wstaliśmy, prognozy były łaskawsze, więc wypłynęliśmy. Przyjęliśmy kurs bezpośrednio na Bornholm. Pierwsza noc na morzu. Nie było tak strasznie, poza nawrotem zielonego koloru na oblicza i dokarmiania ryb zawartością żołądków, żadnych mieliśmy innych przygód. W środę w nocy cumujemy w najpiękniejszej części Borholmu - Hammeren, w porcie Allinge. Jakże miło było poczuć stały ląd po stopami. Na kolację nie było chętnych, więc dosyć szybko położyliśmy się spać. Kolejny dzień spędziliśmy na wycieczce rowerowej.

Na całej wyspie funkcjonują dobrze wyposażone wypożyczalnie rowerów. Wypożyczenie roweru na dobę - 70 koron, przyczepki rowerowej - 50 koron. Z uwagi na ilość dostępnych ścieżek, Bornholm nazywany jest rowerową wyspą. Pierwszy cel - średniowieczny zamek Hammershus, malowniczo położony na klifie. Z daleka robi wrażenie, jednak kiedy ogląda się go z bliska, prawda wychodzi na jaw - oni tam ten zabytek dopiero budują. Tutaj ciekawostka. Idąc na zamek zostawiliśmy rowery ok. 400 m od zamku. I kiedy wróciliśmy, co się okazało? Rowery były tam gdzie je zostawiliśmy! Nie do wiary? A jednak! Następnie kolejne cudeńka, skalisty brzeg w malowniczym miasteczku Vang, kamieniołom tuż za Vang, zalane kamieniołomy w Sandwig, latarnie morskie, i mnóstwo bajkowych jeziorek, a wszystko to w zasięgu jednodniowej wycieczki rowerowej. Zainteresowanych odsyłam do lektury - Jerzy Kulioski: Bornholm i Christianso. Wieczorem rowery wracają do wypożyczalni, a my na jacht. Po krótkiej kolacji kładziemy się nad ranem spać.

Następnego dnia udaliśmy się na wycieczkę pieszą. Zwiedzamy miasteczko Allinge z kościółkiem, cmentarzem, na którym, a jakże, znajduje się pomnik ku chwale radzieckich bohaterów. Następnie ruszamy ścieżką dydaktyczną zaczynającą się nieopodal Sandwig. Trasa prowadzi wokół rytów naskalnych pochodzących z epoki brązu. Po powrocie krótka kolacja, po której wypływamy - cel Christianso, gdzie docieramy o wschodzie słońca. Właściwie pod tą nazwą kryją się dwie wyspy: Christianso i Frederiksø, które połączone są mostem. Pogoda wprawdzie nie dopisała i chwilami padało, ale i tak wyspy robią wrażenie (i tu znów polecam lekturę J. Kulioskiego). Czas do obiadu spędzamy na wędrówkach. Po obiedzie wracamy na Bornholm, tym razem do Neksø. Po drodze podejmujemy pierwsze próby wędkowania. Miejsce nie trafione. Po godzinnym opukiwaniu dna, na haczyk rzuciły się tylko dwa dorsze (pewnie samobójcy). Do portu wpływamy nocą we mgle, przy pomocy nawigacji GPS. Po zacumowaniu rozglądamy się w porcie. Okazuje się, że jest kilka kutrów z polskimi wędkarzami. Skiper jednego z kutrów, słysząc, że właśnie wpłynęliśmy w takiej mgle bez radaru, przemówił w jakimś obcym języku. Brzmiało to coś jak: „Eine Kamikadze". W Neksø, z przyczyn obiektywno-subiektywnych, spędziliśmy 2 dni. Miasteczko przypomina Władysławowo, tylko ceny trochę wyższe.

Po dwóch dniach wracamy do Polski. Tam gdzie żółty, wiślany piach i wioski słomiany dach. Kilka mil od Bornholmu stajemy w dryfie i wyciągamy wędziska. Tym razem bingo! W godzinę złapaliśmy kilkanaście dorszy. Moglibyśmy łapać dłużej i więcej, tylko po co? Z łowiska powinno się zabierać tyle ryb, ile jest się w stanie zjeść. Po dwóch dobach dopływamy do Łeby. Niestety, Księstwo Łebskie okazało się niegościnne - fale przyboju były wyższe od sternika stojącego na pokładzie. Popatrzyliśmy z żalem na brzeg i skierowaliśmy się na Hel. Na Helu krótka kolacja, po której kładziemy się nad ranem spać. Następnego dnia obowiązkowa wizyta w Fokarium, Muzeum Rybołówstwa oraz w Maszoperii, flagowej knajpce Helu (pozdrawiamy naszą ulubioną barmankę i podtrzymujemy zaproszenie do Łodzi). Stamtąd wracamy na jacht i po krótkiej kolacji kładziemy się nad ranem spać.
Kolejny dzień to czwartek 6 czerwca 2013r. Dopływamy do Gdyni, gdzie odprowadzamy Karolcię na dworzec PKP i żegnamy się czule. Wezwała ją proza życia. Po powrocie wspominamy Karolcię przy krótkiej kolacji, po której kładziemy się nad ranem spać. Piątek rozpoczynamy od zwiedzania Oceanarium, Daru Pomorza i... Pierogarni. Biedronki nie znalazłem. Późnym popołudniem wypływamy. Tego samego dnia późnym wieczorem meldujemy się w porcie macierzystym w Górkach Zachodnich. Organizujemy szybką kolację, po której kładziemy się spać. Pobudka o 7.00 i klar jachtu. O 10.00 jesteśmy już w samochodach. Rozpoczynamy powrót - morska przygoda zakończona.

Na zakończenie chciałbym podziękować doświadczonym wilkom morskim: Piotrkowi Kamioskiemu i Mirkowi Mazurowi. Piotrek zorganizował rejs, wyszukał jacht, zabezpieczył prowiant i trzymał rękę na kosztach. Całkowity, realny koszt dwutygodniowego rejsu z dojazdem - 1.400 zł. Mirek natomiast zdecydował się wziąć odpowiedzialność za jacht i załogę obejmując funkcję kapitana. Dowiózł nas bezpiecznie całych i zdrowych, pomimo, że myśli miał często zaprzątnięte czymś innym.

Zaloguj

Cron Job Starts